TYLKO DLA DZIEWCZĄT
(Z książki ks. Malińskiego pt. ”Zanim powiesz kocham”)
„Ach, to były żarty. Wykręciłyśmy jakiś numer telefoniczny.
Jeden, drugi, dziesiąty. Aż się odezwał męski głos, bardzo ładny. Ten pan zaprosił nas do
siebie. Pojechałyśmy. Trochę zdziwił się, że jesteśmy takie młode. Choć
powiedziałyśmy, że mamy więcej lat niż naprawdę. Częstował nas ciastkami,
papierosami. Ja nie palę papierosów, ale on namawiał, żeby raz spróbować. No i spróbowałam. Ale mnie tylko zaczęła po nich głowa boleć.
Wtedy przyniósł jakiś taki słodki alkohol. Wstydziłyśmy
się odmawiać. Zaczęło mi się w głowie
kręcić. Gdzieś mi zniknęła koleżanka. Zrobiło mi się niedobrze".
„Poznałam
tych chłopców na disco. Wydawali się tacy fajni.
Wygłupiali się. Ale było bardzo miło. Potem jeden powiedział, że tu już nudno i
nic ciekawego nie będzie, że zaprasza mnie do siebie i że ma dobre płyty. Że
będą tylko jego koledzy. Nikt obcy. Zgodziłam się. Choć już mi się nie podobało, bo to było daleko. Potem nieprzyjemna
klatka schodowa. A na koniec samo mieszkanie. Jakaś taka nora. Ale i tak
niewiele pamiętam, bo tam rzucili się na
mnie. Krzyczałam. Zatkali mi usta.
Myślałam, że się uduszę".
„Poznałam go na plaży. Był bardzo ślicznie opalony.
Świetnie pływał. Powiedział, że mnie nauczy pływać. Ale ja nie chciałam tej jego nauki. Mówił też, że lubi
chodzić wieczorami na długie spacery, ażebym
z nim poszła. Ja siego bałam. Ale w końcu zdecydowałam się. Powiedziałam mamie, że idę do koleżanki na imieniny i poszłam tam, gdzie
miał na mnie czekać. Na początku był spokojny, choć i tak się go jakoś
bałam. Zwłaszcza wtedy, gdy szliśmy coraz
dalej i dalej. Wtedy ja powiedziałam, że chcę już wracać, bo mama na mnie czeka. On powiedział, że dobrze, że pójdziemy na skróty
przez wydmy, że on zna taką drogę. Nie chciałam
początkowo, wreszcie się zgodziłam, chciałam
być jak najprędzej w domu. I wtedy napadł na mnie".
„Powiedział,
że pomoże mi dostać się na studia, bo ma wszędzie wielkie znajomości, że to dla
niego nie problem. Był taki opiekuńczy, miły. Nigdy bym go o
nic nie podejrzewała. Starszy ode mnie dużo. Mógłby być moim ojcem. Kiedyś
mnie zaprosił do siebie, żeby jeszcze pewne sprawy omówić. Powiedział, żebym się niczego nie
obawiała, że będzie żona, że poczęstuje nas z pewnością herbatą. Zdziwiłam się, że tak mówi.
Powiedziałam mu to nawet. Dlaczego miałabym się jego bać. Weszłam.
Miał bardzo ładne mieszkanie. Dużo obrazów. Puścił płyty. Powiedział, że choć
żony nie ma, bo musiała wyjść, to on sam zrobi herbatę. Żartował, że ponieważ to takie święto, to ją musi
wzmocnić rumem, że ma bardzo dobry rum. Nie chciałam. Mówiłam, że nigdy rumu
nie piłam, ale on powiedział, że tylko troszkę, tak na zapach. Ale to nie było tylko troszkę, choć zapach był ładny. Czekałam, kiedy zacznie mówić o tych moich
studiach. Ale on mówił, że na to mamy czas. Zaczął mnie głaskać po twarzy. Nie
cierpię tego. Nie broniłam się, bo wciąż
myślałam o tych studiach, na które
koniecznie chciałam się dostać. Nie
chciałam go obrazić. A on tymczasem był coraz bardziej nachalny. Wciąż powtarzał, że mi nic złego nie zrobi. Zaczęłam płakać. I to było jeszcze gorzej, bo
udawał tylko, że mnie pociesza".
„Lubię biegać. Zresztą wszyscy biegają. Wymyśliłam sobie, że najlepiej będzie rano
w parku. O szóstej, żebym mogła jeszcze
potem wziąć prysznic, zjeść śniadanie i iść do szkoły. Mama nie chciała
się na to zgodzić. Mówiła, że to niebezpieczne, że najwyżej tylko pod tym
warunkiem, że będę biegała z jakąś koleżanką. Znalazłam Magdę. Biegałyśmy
razem. Park był o tej porze faktycznie pusty
i to było dobrze. I tak było prawie codziennie. Tylko potem o tej
szóstej było coraz bardziej ciemno, bo szła jesień. Ale nam to nie
przeszkadzało. Świeciły się lampy. Rzadko bo rzadko,
ale były. Zauważyłam, że spotykamy jakiegoś
mężczyznę, który nam się przygląda. Niech się przygląda, jak nie ma nic
do roboty. Bywało, że Magda nie mogła, czy jej się nie chciało. Nie mówiłam nic mamie i biegałam sama. Aż raz zobaczyłam go jak
zwykle na ścieżce. Jakoś instynktownie poczułam strach. Ale biegłam dalej. I wtedy się
stało. Podstawił mi nogę, przewrócił".
I tak można by bez końca wymieniać przykłady głupoty
dziewczęcej. Ileż jeszcze takich i podobnych wydarzeń, ileż jeszcze takich i podobnych tragedii. Ale nie to jest w tej chwili
najważniejsze. Tylko to, co mówią ci, którzy zawinili. Okazuje się, że oni to widzą zupełnie przeciwnie. Twierdzą
jeden po drugim: „Ona sama tego chciała".
„Przecież
nie ja do niej zadzwoniłem. Jeżeli dziewczyna do mnie dzwoni, to znaczy, że
wie, czego szuka. A że nie chciały palić papierosów i pić alkoholu — one zawsze
lubią się droczyć, lubią, żeby je proszono. Gdyby zresztą im się u mnie nie
podobało, mogły odejść. Przecież nikt ich
nie trzymał".
„Spotkaliśmy ją na dyskotece po raz pierwszy. Nigdy dotąd
ani mnie, ani żadnego z moich kumpli nie widziała na
oczy. A chciała iść do mojego mieszkania. Oczywiście, to był podryw na płyty. Jedni podrywają na płyty, inni
na zdjęcia, na znaczki pocztowe, jeszcze
inni na samochód. Ja na płyty. A że
nas było trzech. Przecież ona widziała, że nas trzech, a ona
jedna".
„Jeżeli ja proponuję spacer w nocy sam na
sam, to wiadomo, czego chcę. Przecież nie znała nawet mojego
nazwiska".
„Ja jej bałem się dawać alkohol. Zaproponowałem rum do
herbaty. Posmakował jej. To dolałem. Jeszcze trochę. Potem druga i trzecia
taka herbata zrobiły swoje. Ona sama chciała i mnie zachęcała do picia.
No, a jak człowiek jest pijany, to nie wie sam, co robi. Obudziłem się rano i wtedy okazało się, cośmy narobili".
Niewątpliwie te wypowiedzi usiłują częściowo usprawiedliwić
postępowanie mówiących. Zgoda. Ale w dużej mierze zawierają wrażenia, jakie chłopcy odbierają w
kontakcie z dziewczynami. Powiesz:
ale są to wrażenia
nieprawdziwe. Nie byłbym aż tak
surowy. Takie postępowanie jest
wzajemnie uwarunkowane. On posuwa się krok dalej, na ile ona na to
zezwala. Ale on jej zezwolenie wyczuwa i
jest przez nie jakby zapraszany do następnego kroku. Gdy widzi, że ona taka
odważna, to on nie chce być gorszy. Jest jeszcze odważniejszy, bo mu nakazuje to jego męska ambicja. Powiesz:
głupia ambicja. Zgoda. Głupia ambicja. Ale
prowokacja szła nie tylko z jego strony, lecz z jej również. Oczywiście. Na koniec liczą się
fakty, których dziewczyna nie chciała. Naprawdę nie chciała. Temu wierzę. Była
zupełnie zaskoczona, przerażona, że on z zabawy przeszedł do takiej brutalności.
Mówisz, że to dziewczyna jest ta skrzywdzona. Zgoda. Ale on jest też
skrzywdzony. Skrzywdzony przez nią, bo go jakoś sprowokowała do tego, co zaszło. Jej wina w tym wszystkim jest
niewątpliwa. Owszem, tak jak mówisz,
byk) tu wiele ciekawości, w sensie: a co będzie dalej, a jak się
on teraz zachowa. Było trochę ciekawości
takiej intelektualnej jak również i ciekawości doznaniowej. Coraz intensywnie j zaczęła się w niej rozwijać ciekawość uczuciowa, która ogarniała ją
coraz większą falą. Ale nieprawda, że jest niewinna, przecież miała
sygnały ostrzegawcze, które ją coraz silniej
alarmowały, że źle się dzieje, żeby uważała, że zaczyna być
niebezpiecznie, że jeszcze chwila, a może dojść do katastrofy. W każdym
człowieku jest instynkt samozachowawczy,
który ostrzega go przed zniszczeniem. Tylko po prostu nie posłuchała go. I
stało się to, co się stało.
Na koniec
jeszcze jedna uwaga. Prawie w każdym z tych wypadków — i z reguły we
wszystkich podobnych
— dziewczyna decyduje się na niebezpieczny
krok nie pytając nikogo o radę. Oczywiście, człowiekiem najodpowiedniejszym,
by mu opowiedzieć o tym, co się dzieje, jaką mam propozycję, byłaby matka, ojciec, ktoś ze starszego czy nawet
młodszego rodzeństwa, pani wychowawczyni szkolna czy któraś z nauczycielek.
Ale już słyszę wybuch protestu. Chociaż szkoda, bo powtarzam: są to osoby najbardziej kompetentne do udzielania porad w takich razach. A jeżeli nie, to czy wobec tego pozostaje
jednak samotna decyzja? W żadnym wypadku.
To niech będzie koleżanka albo kolega. Oczywiście, są sytuacje, które
nas zaskakują i nie ma możliwości spytania o radę. Ale tych jest
na ogół niewiele. W większości wypadków jest ta możliwość, jest ten obowiązek — właśnie obowiązek — spytania
o radę. Póki czas, póki czas. Lepiej teraz spytać o radę niż potem usłyszeć:
Jak mogłaś być tak beznadziejnie głupia.
Ks. Mieczysław Maliński