„Testament mojego dziadka"
(R. Brandstaetter, Warszawa 1994
r., str. 13).
Mój dziadek na kilka dni przed śmiercią pozostawił mi w spadku
testament:
— Będziesz Biblię nieustannie czytał — powiedział do mnie.
— Będziesz ją kochał więcej niż rodziców... Więcej niż mnie...
—Nigdy się z nią nie
rozstaniesz...
A gdy zestarzejesz się, dojdziesz do przekonania, że wszystkie książki, jakie przeczytałeś w życiu, są nieudolnym komentarzem do tej jedynej Księgi...
”Żywa Księga”
(R. Brandstaetter, Warszawa 1994 r., str.
19).
Biblia leżała na biurku mojego dziadka. Biblia leżała na stołach moich
praojców. Nigdy w bibliotece. Zawsze na podręczu. W naszym domu nikt Biblii nigdy nie szukał,
nigdy również nie słyszałem, aby ktokolwiek pytał gdzie ona leży. Miejsce na którym leżała Biblia, było dla mnie miejscem
wyróżnionym. Było ono dla mnie środkiem
całego mieszkania, punktem dokoła którego wszystko
się obracało.
Gdy ojciec wieczorem czytał Biblię, chodziłem po pokoju na palcach.
Dziadkowi nigdy bym się nie ośmielił przerwać jej lektury. Obaj byli dla mnie
w takich chwilach naznaczeni przywilejem nietykalności.
Od najmłodszych lat byłem
świadkiem nieustannej manifestacji świętości tej Księgi, jej kultu
i wywyższania. Ojciec opowiadał mi, że pradziadek, ilekroć sięgał po Biblię, mył uprzednio ręce i modlił się o
łaskę mądrego czytania.
Mój pierwszy nauczyciel
języka hebrajskiego — zginął w 1914 roku w bitwie pod Kraśnikiem — bił mnie linijką po dłoni, gdy ośmieliłem
się dotknąć palcem świętych liter Pięcioksięgu.
„Lament nie czytanej Biblii"
(R. Brandstaetter, Warszawa 1994
r., str. 90 - 92).
„Stoję na najwyższej półce
twojej domowej biblioteki, wciśnięta między stare pożółkłe, od wielu lat nie tknięte tomy encyklopedii. I tak stojąc od wielu lat nie dostrzeżona, spokojnie medytuję nad moim niewesołym
losem. Tematem moich najczęstszych medytacji jest pytanie: po co kupiłeś mnie, człowieku, po co zapłaciłeś za mnie tyle złotych, po co
dźwigałeś mnie w teczce przez miasto i po co mnie przyniosłeś do domu? Po
co? Czy po to, aby przerzucić kilka moich stronic, przeczytać pobieżnie na
chybił trafił kilka wybranych wersetów i odstawić nabożnie na najgórniejszą półkę w księgozbiorze?
Pamiętam, jak raz podczas przyjęcia w twoim domu,
ktoś w towarzyskiej rozmowie błędnie zacytował słowa Chrystusa, ktoś inny je
sprostował, a gdy wybuchła między
rozmówcami sprzeczka, który z cytatów jest właściwy, jeden z adwersarzy prosił cię o przyniesienie Pisma Świętego. Podniosłeś
głowę i spojrzałeś w moim kierunku. Pomyślałam
z radością, że wreszcie wybiła moja godzina, że podejdziesz do półek, i
wspiąwszy się nieco na palcach, ujmiesz mnie za gruby grzbiet
i wyciągniesz spomiędzy pożółkłych tomów encyklopedii. Ale próżna
była moja nadzieja. Twój wzrok obojętnie mnie minął, przez ułamek sekundy
błąkał się po niższych półkach i — zatrzymał
się bezradnie na twarzach twoich rozmówców: „Nie wiem, gdzie jest... Nie wiem,
gdzie ją postawiłem..." — rzekłeś.
Więc po co kupiłeś mnie, człowieku? Po co zapłaciłeś za mnie tyle złotych, po co
dźwigałeś mnie w teczce przez miasto i po co przyniosłeś do domu? Po co?
A potem umarła
twoja żona, a ty ugiąłeś się pod
nowym ciosem, przestałeś wychodzić na miasto i tylko przechadzałeś się po
pustym mieszkaniu, od czasu do czasu przystawałeś w oknie, patrzyłeś na ulicę, spieszących przechodniów, nie rozumiejąc, po co oni
żyją, po co sam jeszcze żyjesz i po co istnieje świat.
I pewnego dnia umarłeś.
Szybko zjawili się spadkobiercy i likwidując mieszkanie. Jeden z nich znalazł mnie
wśród książek zrzuconych bezładnie na podłogę. Schylił się, podniósł mnie i obejrzał, otrzepał mnie z grubej warstwy
pyłu i rzekł drżącym od tkliwego wzruszenia głosem do stojącego obok
młodzieńca: „Widzisz? Twój stryj
nieboszczyk, był pobożnym człowiekiem. Miał Biblię. Weź sobie z niego
przykład”.