O
tym, jak wielkim nieszczęściem w życiu kobiety jest aborcja i jak tragiczne
powoduje konsekwencje, mówi świadectwo Carołyn, opublikowane w książce „Aborted
Women. Silent no morę".
To
było 10 lat lemu. Zaszłam w ciążę. Byłam rozwiedziona i faktycznie samotna.
Pierwszą moją reakcją była panika. Miałam już 4-letnią córkę, pracowałam tylko
dorywczo, więc niewiele zarabiałam. Ojciec dziecka, kiedy dowiedział się, że
jestem w ciąży, wycofał propozycję małżeństwa. Byłam bez środków do życia, bez
ubezpieczenia i nie wiedziałam, gdzie szukać pomocy.
Kiedy
zwracałam się do znajomych, każdy mi mówił coś innego: „Z
czego się utrzymasz przy twoich zarobkach?", „Przecież masz już
jedno dziecko do wyżywienia", „Z czego zapłacisz za poród i pobyt
w szpitalu?". Miałam okropny zamęt w głowie, nikt mnie nie wsparł, nie
przytulił, nie zapytał, co czuję. A wystarczyłaby choć
odrobina miłości czy wsparcia...
Znajoma,
która 25 lat wcześniej poddała się nielegalnej aborcji, pierwsza podsunęła mi
to rozwiązanie. Przecież teraz aborcja jest już legalna i „bezpieczna". I
choć ona sama na skutek aborcji nie mogła mieć dzieci, bardzo mnie do niej
namawiała. Czułam się jak w potrzasku. Nie było czasu na myślenie...
Byłam
kompletnie zdezorientowana i ogłupiona, nie wiedziałam, co robić. W tej
sytuacji moi znajomi postanowili się zająć wszystkim sami. Czułam się jak ktoś
patrzący na to wszystko z zewnątrz, jakby to w ogóle mnie nie dotyczyło, jakby
chodziło o kogoś innego. Nie oskarżam teraz nikogo, oni po prostu robili to,
co uważali za najlepsze. Dlatego teraz wiem, że tak ważne jest, by ludzi uczyć
i uświadamiać w tym, co naprawdę jest dobre!
Znalazłam
się w Cleveland, u znajomych, którzy zawieźli mnie do kliniki aborcyjnej. Moje
serce mówiło mi wtedy, że robię źle, jednak rozsądek tłumaczył to, do czego
namawiali inni.
Zostałam
sama w klinice, wzięto ode mnie 200 dolarów, poddano testowi ciążowemu i
przydzielono metalową szafkę, taką jak na pływalni. Dostałam papierową
jednoczęściową piżamę. Wszystko wokół było zimne, personel zachowywał się w
sposób mechaniczny i formalny. Żadnego współczucia, żadnego wsparcia. Jak w
jakiejś fabryce. Kazano mi czekać na wywołanie w małej
poczekalni. Potem przeprowadzono mnie do innego pomieszczenia, kazano położyć
się na stole i włożyć stopy w coś w rodzaju strzemion. Wszystko było tak
zimne, że miałam dreszcze. Jeszcze nigdy tak się nie bałam i nie byłam taka
samotna. Okazało się, że zabieg, który miał być bezbolesny, wcale taki nie był.
Kiedy wyrywano ze mnie dziecko, ból stał się tak nieznośny, że z oczu popłynęły
mi łzy. Kazano mi leżeć spokojnie i obiecywano, że „to
zaraz się skończy". Po aborcji kazano mi przejść do innego pokoju, gdzie
pozwolono mi położyć się na pół godziny, po czym kazano wstać i pójść. Poszłam
do szafki i ubrałam się. Miałam się zgłosić do lekarza rodzinnego za sześć
tygodni. Zapytałam, czy mogę zadzwonić po kogoś. Odpowiedziano, że szpital nie
ma telefonu na użytek pacjentek i że mogę zadzwonić z budki na zewnątrz.
Wyszłam
na ulicę. Był zimny, listopadowy dzień. Kiedy czekałam przed kliniką na
samochód, byłam zmarznięta, czułam nudności, zawroty głowy, samotność i pustkę. Podjechała po mnie znajoma ze swoją przyjaciółką.
Jechały właśnie na lunch do restauracji, więc byłam zmuszona im towarzyszyć.
Chciałam po prostu z kimś być. Po dwóch dniach ktoś ze znajomych odstawił mnie
z powrotem do domu i dosłownie zostawił przed drzwiami mieszkania. Ciekawe, że
tyle osób było gotowych, żeby mi doradzać przed aborcją, a po wszystkim
zostałam kompletnie sama...
Wszystko,
co nastąpiło później, przypominało bardziej koszmar niż rzeczywistość. W nocy
śniło mi się moje własne, zabite dziecko... Zaczęłam pić, doszłam do pięciu
butelek alkoholu tygodniowo. Czasem nie jadłam przez kilka dni, a potem,
zmusiwszy się do jedzenia, wymiotowałam wszystko, co wcześniej zjadłam. W
końcu poszłam do lekarza i okazało się, że po aborcji wdała się infekcja dróg
rodnych. Lekarz zaczął mnie leczyć, lecz nic nie skutkowało. Kiedy
opowiedziałam mu o nocnych koszmarach i o moim rozstrojeniu nerwowym, zapisał
środki uspokajające. Żadnej pomocy, żadnej rady - po
prostu tabletki...
Brałam
tabletki uspokajające na noc, żeby móc spać i tabletki pobudzające na dzień,
żeby się jakoś trzymać. Cztery razy świadomie przedawkowałam, próbując się
zabić. Nie sądzę, żebym naprawdę chciała wtedy umrzeć, po prostu chodziło o
to, żeby mną się ktoś zajął, wysłuchał, wsparł. Chciałam, żeby to cierpienie
się wreszcie skończyło. Lekarz próbował leczyć poaborcyjną infekcję coraz to
nowymi sposobami, ale bez skutku. Zmieniałam lekarzy jednego po drugim i w
końcu musiałam się poddać operacji chirurgicznej, bo infekcja uszkodziła
szyjkę macicy. Na krótko poczułam się lepiej.
W końcu poznałam mężczyznę, który dzisiaj jest moim mężem.
Dzięki jego miłości i wsparciu zaczęłam swoje życie jakoś składać na nowo.
Razem zaczęliśmy chodzić do kościoła, gdzie wreszcie spotkałam Chrystusa,
mojego Zbawcę. On bez zwłoki przebaczył mi to, co zrobiłam, ale upłynęło wiele
czasu, zanim byłam zdolna wybaczyć sama sobie. Po długim okresie duchowej
śmierci i doświadczenia prawdziwego piekła powróciłam wreszcie do życia.
Fizyczne skutki aborcji dawały jednak ciągle znać o sobie: spadek odporności,
ciągle nowe infekcje, guzki, endometrioza. W końcu lekarze stwierdzili, że
wyleczenie jest niemożliwe i dlatego byłam zmuszona poddać się operacji
usunięcia macicy. Po 10 latach zapłaciłam wreszcie swój „rachunek" za
aborcję.
Kiedy spoglądam wstecz, myślę, że jeśli wtedy znalazłabym
wokół siebie miłość, zrozumienie i wsparcie, a przede wszystkim rzetelną
znajomość faktów związanych z aborcją, nigdy bym się na nią nie zdecydowała. Aborcja boli, boli już na zawsze. Sądzę, że
stowarzyszenia kobiet, które poddały się aborcji, powinny być dużo
głośniejsze. Mamy prawo ostrzegać przed tym bólem.
A
świadomość, że miliony kobiet przeżywają ten sam koszmar, który ja przeszłam,
rozdziera mi serce.
Carolyn •